Aktualności

Sielski_zakatek_3D_male.png

Bezpłatne spotkanie z Barbarą Sośnicą-Czekałą w MBP w Opolu

Już 11 grudnia (środa) 2019 roku o godzinie 17.30 w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbędzie się bezpłatne spotkanie z Barbarą Sośnicą-Czekałą, autorką książki „Sielski zakątek”. Rozmowę poprowadzi Małgorzata Lis-Skupińska.

Bieżące informacje na temat wydarzenia można śledzić na stronie: https://www.facebook.com/events/458104414902217/

Wyobraźnia to potężna moc, która pozwala przezwyciężyć bariery, dodaje pewności siebie, a przede wszystkim stwarza nowe możliwości. To właśnie ta siła napędza Alinę – główną bohaterkę „Sielskiego zakątka”, która podąża za nią i nie zważając na przeszkody, dąży do odkrycia sekretu rodziny Kraftów. Próba rozwiązania intrygi wpływa na losy Ali i jej przyjaciół, jak również osób, które podczas wielowątkowego śledztwa stają na jej drodze. Historię sielskiego zakątka, który mieści się w śląskim Prudniku, można śledzić w książce Barbary Sośnicy-Czekały, która 19 listopada 2019 r. ukazała się na rynku nakładem wydawnictwa Fabuła Fraza.

Jest taki stary piękny dom w Prudniku. Stoi przy mojej odwiecznej trasie rowerowej. Zawsze mi się podobał, taki tonący w zieleni, zdobny w wieżyczki, werandy, wykusze. Nazywałam go sobie sielskim zakątkiem. Zawsze rozpalał mi wyobraźnię. Szczęśliwie nigdy w nim nie byłam, mogłam więc puścić wodze swojej wyobraźni i stworzyć sielski zakątek na nowo – mówi autorka o genezie powstania utworu. W opowieści, świat ludzi przenika się ze światem rzeczy. Dziennikarska ciekawość bohaterki wygrywa (wielokrotnie) ze zdrowym rozsądkiem.

Alina, po zamieszkaniu w domu swoich przyjaciół – tytułowym sielskim zakątku – odkrywa, że miejsce kryje morze tajemnic, niezdefiniowany skarb. Co więcej, najwyraźniej są ludzie, którzy pragną ten tajemny skarb wykraść. Alina wraz z przyjaciółmi zaczyna poszukiwania. Przeczesują dom, poznają jego zakamarki i pamiątki po poprzednich lokatorach, jak również odkrywają historię, sięgając po stare zakurzone książki i ukryte w nich wskazówki. Wytrwale dążąc do celu, dowiadują się coraz więcej, nie tylko o innych, ale również o sobie. Mroczne sekrety wychodzą na jaw, zaś Alina i jej przyjaciele stają z nimi twarzą w twarz. Kto wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko?

Labirynt ludzi i rzeczy

Alina dąży po nitce do kłębka, nie zważa na to, że idąc tym tropem, gubi się w labiryncie tajemnic i niedopowiedzeń. Napotyka w nim nie tylko przeciwności, ale również osoby które wpływają nieodwracalnie na jej losy, postrzeganie świata oraz życiowe priorytety. Poświęcając się poszukiwaniu materialnego skarbu, odkrywa fascynujące historie miejsc, ludzi, rzeczy, a sam skarb okazuje się być pojęciem względnym. Bowiem, jak twierdzi autorka: Przyjaźń to najwspanialsze uczucie, zawsze musi być z wzajemnością. Tym się różni od miłości, że nie spada na człowieka jak grom z jasnego nieba. Wykluwanie się przyjaźni musi potrwać. Kiedy już jednak się narodzi, to bardzo trudno jest wykończyć ją w jednej chwili. I rzeczywiście to przyjaźń odgrywa w tej historii pierwsze skrzypce, jednakże i na miłość przyjdzie odpowiedni czas. Choć akurat w tej materii, Alina jest zdecydowanie bardziej zachowawcza i ostrożna, niż w przypadku rozwiązywania tajemnicy.

To ma być, lekka, przyjemna lektura, która przede wszystkim rozbawi czytelnika. Powinna rozśmieszyć i pomóc oderwać się od trudnej niekiedy rzeczywistości. Stąd zabawne dialogi i narratorka, która patrzy na świat w pewien specyficzny, pełen ironii sposób. Kpi z siebie iz tego, co ją otacza. I tylko czasami pozwala sobie na chwilę powagi – podsumowuje Sośnica-Czekała.

Bohaterowie z krwi i kości

Autorkę charakteryzuje wybitny zmysł obserwacji, który pozwala jej stworzyć bohaterów z krwi i kości. Sztuką jest uważnie słuchać i patrzeć. A ja mam ten dar. Gromadzę w pamięci powiedzonka, wydarzenia, interesujące postaci. Czasami jest to dosłownie mgnienie, ułamek sekundy, jakiś gest. I to zostaje w mej pamięci, nie muszę niczego zapisywać, wyjdzie na wierzch, gdy będzie potrzebne – wyznaje. Dlatego historia i jej bohaterowie, już po przeczytaniu kilku stron, stają się naszymi przyjaciółmi i czujemy się w ich „towarzystwie” swobodnie.Jak dodaje: Jestem trochę inna niż Alina, choć lubię te same rzeczy, mieszkam w tym samym mieszkaniu, mam identyczne przyzwyczajenia. Ale mam rodzinę i to nas różni. Jestem zdecydowanie bardziej nieśmiała niż ona, cicha i na ogół nie potrafię być bezczelna. Czasami jednak, gdy okoliczności mnie zmuszają, potrafię „wejść w buty” Alinki. I wtedy ratuj się, kto może.

Czytelnik i autor stanowią swoisty tandem, w którym muszą pokonać ścieżkę zwaną labiryntem zdarzeń. Barbara Sośnica-Czekała, kreując postaci i wydarzenia, pozostawia wystarczająco duże pole do popisu dla wyobraźni czytelnika. Uzupełniając opowieść swoimi własnymi doświadczeniami, przeżyciami, wyobrażeniami możemy poczuć się w sielskim zakątku jak u siebie. Angażujemy się w poszukiwanie skarbui sprawców całego zamieszania, jakbyśmy odkrywali naszą własną historię ukrytą w zakurzonych zakamarkach.

Podróż w czasie i przestrzeni

Barbara Sośnica-Czekała zabiera nas w osobistą podróż po rodzinnym mieście, Prudniku. Jak przyznaje: Choć główny wątek powieści jest czystą fikcją literacką, to historia Śląska naucza, że bardzo prawdopodobną. Martha Kraft i jej rodzina są wymyślone od początku do końca, ale zdecydowanie nie wzięte z sufitu. Klimat opowieści z pewnością jest autentyczny i najważniejszy dla literata, choć historyk z pewnością kręciłby nosem. Mimo to, „Sielski zakątek” jest skarbnicą wiedzy na temat ówczesnych czasów, a także historii i tradycji Śląska. Osobista pasja autorki do gromadzenia nie tylko pamiątek materialnych, ale również tych w postaci opowieści starszyzny, sprawiają, że książka może posłużyć za przewodnik po ówczesnym oraz obecnym Prudniku. Jak dodaje: Stary plan Prudnika wisi u mnie nad schodami. To u mnie ostatecznie wylądowały stare rodzinne dokumenty, niekiedy wręcz wyciągane już ze śmietnika. Wszystkie wykorzystane w powieści dokumenty z PRL-u mam u siebie. Zbieram stare fotografie, które potrafią opowiedzieć więcej niż niejeden dokument.

Lubię takie miejsca, domy, które mają swoją przeszłość. Naciskam ozdobną klamkę w starych drzwiach, „pamiętając” o tych dłoniach, które za nią chwytały sto, dwieście lat temu. W tym sensie sielski zakątek jest dla mnie miejscem szczególnym, jak i setki takich innych zakątków – opowiada Barbara Sośnica-Czekała. Dzięki tej książce mamy okazję – wraz z autorką i bohaterami – nacisnąć klamkę wrót do sielskiego zakątka i przeżyć przygodę, o której wcześniej nawet nie mieliśmy odwagi marzyć. No to w drogę!

Barbara Sośnica-Czekała urodziła się w Prudniku na Śląsku Opolskim. Mieszka na końcu ślepej uliczki. Z wykształcenia jest polonistką, z pasji bibliotekarką i arteterapeutką. Swoje opowiadania, felietony i humoreski publikuje w prasie.Powieść „Sielski zakątek” to jej debiut książkowy. Jak sama mówi: "W powieści znajdziecie to, co autorce się przydarzyło lub przydarzyć mogło".



Czytaj_jak_profesor_3D_bialetlo_male.png

Fascynująca wyprawa między wiersze w towarzystwie profesora

Freud uczynił interpretację snów kamieniem węgielnym psychoanalizy. Foster sprawił zaś, że czytanie stało się niezwykłą podróżą, pozwalającą nam poznać bohaterów, których wprawdzie nie mamy szansy minąć na drodze, ale zetknięcie z nimi na kartach książki może odmienić nasze życie. „Czytaj jak profesor” to swoisty poradnik napisany przez jednego z tych wybitnych, pełnych pasji i charyzmy profesorów, których słucha się z zapartym tchem i wspomina przez całe życie. W podróż czytania między wierszami zabiera nas w amerykańskim bestsellerze, który na polskim rynku pojawił się 5 listopada 2019 r., nakładem wydawnictwa Fabuła Fraza.

Analogicznie do objaśniania marzeń sennych, możemy odnaleźć nowe, głębsze znaczenie dzieł literackich, muzycznych czy filmowych. Co więcej – taka interpretacja może okazać się równie zaskakująca, poruszająca i wciągająca, co ta freudowska. Na swoistej ścieżce poznania, Foster stawia przed czytelnikiem m.in. Diabła, Draculę, Jasia i Małgosię, Bridget Jones, Wielkiego Gatsby’ego, Izabelę Łęcką, Hamleta czy Odyseusza.

Nie każda droga wiedzie do Rzymu

Nie bez powodu pierwszy rozdział książki traktuje o podróży jako epickiej wyprawie. Z perspektywy lektury, można by się bowiem pokusić o refleksję, że Foster zabiera czytelników w epicką podróż, w głąb literackiej rzeczywistości, na poszukiwanie symbolicznego Świętego Graala. Prowadzi nas w deszczu i śniegu, przez wszystkie pory roku i różne krainy geograficzne. Pozwala zasmakować latania, uczy wychwytywać i doceniać ironię, odnajdywać znaczenie chorób, ułomności i znaków szczególnych bohaterów. Sprawia, że w domowym zaciszu, możemy pochylić się nad dowolną historią i odnaleźć własne znaczenie opowieści. Jak radzi Foster: „(…) wejdźcie w posiadanie książek, które czytacie. To samo dotyczy wierszy, opowiadań, opowiadań flash fiction, sztuk, biografii, filmów, literatury faktu i całej reszty. (…) Musicie stać się właścicielami swoich interpretacji. Są wasze. Są wyjątkowe. Nikt na całym świecie nie ma takich samych”.

Kiedy zapoczątkujemy już naszą przemianę w sposobie delektowania się lekturą, przestaje prowadzić nas za rękę i pozwala samodzielnie odkrywać bogactwo dzieł, zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów. Pisarzy współczesnych i tworzących przed wiekami. Zostawia czytelnikom listę lektur, podzieloną na 3 etapy wtajemniczenia. Na każdym obowiązuje reguła: „(…) czytajcie z pewnością siebie i asertywnością, nie wstydźcie się swoich interpretacji i nie przepraszajcie za nie. (…) Zaufajcie tekstowi i swoim instynktom”, i…

…wińcie Freuda

„Krąży nieładna plotka głosząca, że profesorowie literatury to zbereźnicy. To oczywiście nieprawda. (…) Rzecz w tym, że potrafią rozpoznawać seksualne podteksty pisarzy, którzy istotnie bywają bezwstydni. Jak więc to całe frywolne myślenie trafiło do literatury? Wińcie Freuda” pisze Foster.

I choć oczywiście seksualnego symbolizmu nie wynaleziono dopiero w XX wieku, to niewątpliwie – za sprawą Freuda i jego frywolnej interpretacji snów – zarówno czytelnicy, jak i twórcy odkryli, że w dziełach może być zakodowana seksualność. Jak twierdzi Foster: „To nie rozpustny czy dziki seks, ale jednak seks”. Twórcy unikają zatem pornografii (która ogołociłaby z uroku wiele utworów), czy wymykają się cenzurze, nie rezygnując np. z nakreślenia relacji miedzy dwójką bohaterów. Czasem kluczowej relacji, bo czyż nie inaczej odbieramy stróża prawa, który spoufala się z podejrzaną? Czyż nie inaczej widzielibyśmy zaloty tytułowego Tadeusza do Zosi, gdyby nie domysły o jego wcześniejszej relacji z jej ciotką Telimeną? Czy w końcu nie inaczej postrzegamy młodego rycerza, wiedząc, że na misję odnalezienia symboli płodności wysyła go król, który sam nie jest już w stanie władać kopią?

Wolność nakręca wyobraźnię

Dzięki pozycji „Czytaj jak profesor” odkrywamy, że jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego autorzy chętnie korzystają z symbolizmu, nie tylko seksualnego. W ten sposób pobudzają do granic możliwości wyobraźnię czytelnika. Dzieło literackie powstaje bowiem w wyniku współpracy wyobraźni autora z wyobraźnią odbiorcy, która je uzupełnia, a wręcz dopełnia(!). Dlatego też, jak mówi Foster, istnieje niezliczona liczba interpretacji literackich. Co więcej, wracając do konkretnej powieści, wiersza czy filmu możemy odebrać je zgoła inaczej niż za pierwszym razem. Czy oznacza to, że za pierwszym razem popełniliśmy błąd? Nie. Po prostu uzupełniamy pracę twórcy wyobraźnią na miarę swoich doświadczeń, wiedzy i potrzeb aktualnych w momencie obcowania z utworem.

Każdemu z nas wydawało się pewnie nie raz trochę zabawne, gdy przez godzinę ktoś omawiał jedną małą maleńką linijkę bardzo krótkiego wiersza, próbując dowiedzieć się, co poeta miał na myśli, używając tych konkretnych słów. Przecież często „jabłko” to po prostu jabłko, a nie symbol religijny, ludowy czy mitologiczny. Jak mówi Foster w jednym z wywiadów: Ezra Pound powiedział, że wiersz musi działać dla osoby „dla której jastrząb jest po prostu jastrzębiem”, przez co rozumiał, że dosłowny poziom wiersza musi mieć sens. (…) Nigdy nie możemy sięgnąć do umysłu poety, aby odkryć to znaczenie. Odnosi się to oczywiście do Shakespeare’a, Wordswortha lub któregokolwiek z dawno zmarłych. Ale to samo dotyczy żywych pisarzy. Nawet gdy możemy z nimi przeprowadzić wywiad, ich odpowiedzi na temat znaczenia tego lub tego słowa lub linii rzadko są zadowalające.

Ale jest haczyk. Jak uzmysławia nam Foster, jeśli nie dostosujemy swoich oczu i umysłu do realiów współczesnych bohaterom, możemy przegapić najważniejsze, co opowieść ma nam do zaoferowania. Możemy przy tym ograniczyć zarówno przyjemność płynącą z lektury, jak i własne jej pojmowanie. Także w tym przypadku amerykański profesor przychodzi z pomocą. Podpowiada, jak i gdzie doszukiwać się symboliki nawiązującej chociażby do historycznych wydarzeń, politycznego czy społecznego kontekstu. Przypomina, że na przestrzeni wieków, cenzura nie ograniczała się jedynie do seksu. Czasami chociażby, jak w „Mistrzu i Małgorzacie” M. Bułhakowa lub „Folwarku zwierzęcym” G. Orwella, symbolika musiała stawić czoła niezwykle ostrym restrykcjom ze strony władz państwowych czy kościelnych – tak, aby dzieło mogło ujrzeć światło dzienne.

Gdzie ja to już widziałem?

Początkującym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z szeroko rozumianym czytaniem („czytać” bowiem możemy wszystko, przekonuje Foster – zarówno książki, wiersze, jak i filmy czy piosenki) każda opowieść może się wydawać czymś nowym. Jak pisze autor „nie ma czegoś takiego jak całkowicie oryginalny utwór literacki”, a każdy z nas nosi w sobie wystarczające pokłady wiedzy, by swobodnie poruszać się w interpretacjach. Bo kto z nas nie zna chociażby baśni o Jasiu i Małgosi, czy innych przykładów literatury dziecięcej, jak np. „Alicja w Krainie czarów”, „Król lew” lub „Kubuś Puchatek”, pieszczotliwie nazwanych przez Fostera „Jaś, Małgosia i spółka”? Każdy zna! Właśnie dlatego pisarze chętnie inspirują się powszechnie znanymi pozycjami. Idąc dalej, przykładem baśniowego rodzeństwa – już najprostsze odniesienie do baśni może uwypuklić dany wątek (np. zagubienie), wyeksponować czyhające niebezpieczeństwo (symbolika piernikowej chatki), wykorzystać naszą wiedzę i skojarzenia, by nadać historii głębi. Dla czytelników dostrzeżenie podobieństw i nawiązań to iście królewska przyjemność. W skrócie – sztuka literacka nabiera życia!

W miarę czytania kolejnych pozycji nasze „zasoby”, a co za tym idzie satysfakcja z czytania, rosną. Jak przekonuje Foster: „Za rozpoznawanie schematów częściowo odpowiada wrodzony talent, jednak przeważnie trzeba po prostu nabrać wprawy: jeżeli wystarczająco dużo czytacie i w dostatecznym stopniu potraficie przemyśleć swoje lektury, wówczas zaczynacie dostrzegać wzorce, archetypy i powracające motywy”. By zacząć czytać świadomie, podstawy ma każdy, nawet jeśli początkowo przybierają formę „skądś to znam”. Zalicza się do nich nie tylko literatura dziecięca, ale także m.in. mitologia, biblia, czy sam Shakespeare. Powtarzając bowiem za autorem: „Gdy masz wątpliwości, to na pewno z Shakespeare’a”.

„Czytaj jak profesor” to lektura zarówno dla zaawansowanych miłośników literatury, jak i dla początkujących, którzy chcą rozpocząć swoją podróż czytania między wierszami. Poprzez tę książkę Foster pragnie podzielić się swoim bogatym (ponad 30-letnim) doświadczeniem, zarazić innych swoją pasją i pozytywnymi emocjami. „Gdy mamy szczęście, edukacja i nauka idą w parze. Gdybym miał wybierać, wybrałbym naukę”- mówi Thomas C. Foster i zabiera nas na pasjonującą wyprawę, trzymając czytelnika za rękę.

Thomas C. Foster – rocznik 1950. Amerykański literaturoznawca. Od 1975 do 2014 r. profesor Uniwersytetu Michigan-Flint. Wybitny znawca twórczości pisarskiej XX i XXI wieku, głównie amerykańskiej, brytyjskiej i irlandzkiej. Sam przyznaje, że najchętniej czyta Shakespeare’a, Sofoklesa, Homera, Dickensa, Hardy’ego, Poe, Ibsena, Twaina. Autor m.in. „How to Read Literature Like a Professor” (2008), „How to Read Novels Like a Professor” (2008), „Twenty-five Books that Shaped America” (2011), „How to Read Literature Like a Professor – for Kids” (2012), „Reading the Silver Screen” (2016).



Institor_3D_male.png

Institor – niepokojące studium zła i samotności człowieka

Co łączy „Imię róży” Umberto Eco, „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa oraz „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego? Odpowiedź na to oraz wiele innych, fundamentalnych pytań można znaleźć w powieści „Institor. Kto pierwszy podpali stos…” Adama Larda. To swoiste studium natury ludzkiej i poszukiwanie źródeł zła, które leży – zdaniem autora – u podstaw człowieczeństwa. To dyskusja na temat religii i jej głównych założeń, zapożyczeń z innych kultur i wierzeń oraz jej roli w życiu społecznym i politycznym. A to wszystko w oparciu o niezwykłą fabularyzowaną próbę przybliżenia historii życia Heinricha Kramera, wielkiego inkwizytora, autora słynnego na cały świat dzieła „Młot na czarownice”.

Mnie szło o to, żeby pokazać świat obsesji, lęków, uzależnień niszczących jednostkę, a przy okazji niszczących otoczenie, żeby nie używać bardziej egzaltowanych słów, jak społeczność, czy coś jeszcze bardziej pretensjonalnego – mówi autor, którego nie ma, posługujący się pseudonimem Adam Lard. Tę rzeczywistość pokazał za pomocą postaci bezwzględnego inkwizytora Heinricha Kramera, który sumiennie spełniał swoją misję – walkę z herezją – poprzez skazywanie czarownic na śmierć w płomieniach.

W poszukiwaniu diabła

O inkwizycji powstało wiele dzieł, głównie naukowych, nakręcono sporo filmów. Jednakże „Institor” to pozycja wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze, fabularyzowana opowieść oparta na życiorysie historycznej postaci z XV w., przeplata się z losami fikcyjnego, współczesnego nam bohatera, który zatraca się bez reszty w studiowaniu faktów z życia słynnego inkwizytora. W poszukiwaniu urojonego spisku, będącego podstawą ruchów reformacji w Kościele, Jan traci kontrolę nad otaczającym go światem domysłów. Ta dwupłaszczyznowa konstrukcja do złudzenia przypomina budowę słynnej powieści Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata” i na pewno spotka się z ciepłym odbiorem miłośników prozy wybitnego rosyjskiego twórcy.

Chyba każdy, kto czytał „Mistrza i Małgorzatę” ma tę książkę w głowie. Małgorzata staje się dopiero wolna i szczęśliwa, jak (niczym czarownica) ulatuje przez okno. Nawet jeśli to incydenty, potrzebujemy bycia złym. Zło pod każdym względem jest atrakcyjniejsze niż dobro, dlatego tak pociąga i przyciąga. Cała wielkość „Mistrza i Małgorzaty”, tak mi się wydaje, polega na tym, że zło w tej książce jest dobre – mówi Adam Lard.

Po drugie, książka ta, to swoiste studium i analiza źródeł zła i złych uczynków – poszukiwanie diabła. Podobnie jak Dostojewski w „Zbrodni i karze”, autor przygląda się i analizuje, co leży u podstaw zbrodni. Do tego całość przepleciona jest intrygą kryminalną, niczym ta z „Imienia Róży”. Trup w pewnym momencie ścieli się gęsto, a chęć odkrycia tajemnicy wciąga nie tylko głównego bohatera, ale również czytelnika. Ten, wraz z Janem, bada z determinacją losy inkwizytora i poszukuje nieznanego rękopisu, ostatniego dziennika dominikanina ojca Kramera.

Kobieta-demon w męskich rękach

10 listopada 1483 roku, o ironio w dniu narodzin późniejszego reformatora religijnego Marcina Lutra, inkwizytor i dominikanin Heinrich Kramer zostaje przyjęty na audiencję do papieża. Apeluje u Ojca Świętego o uznanie przewinień czarownic za winy prawdziwe, a co za tym idzie, podlegające sądowi i skazaniu. Zrazu niechętnie, papież godzi się na zaproponowany przez Kramera eksperyment, o ile nie zagrozi on jedności Kościoła. Jak dodaje: „Mój drogi, przecież czarownic nie ma. Sami je stworzyliśmy, by skuteczniej walczyć z herezją, zagrażającą jedności Kościoła”. Tym papieżem jest Sykstus IV, znany szerszemu gronu z tego, że wybudował kaplicę, zwaną od jego imienia sykstyńską.

Kramer przystępuje do stworzenia dzieła, w którym spisuje znane sobie przypadki czarownictwa oraz formy tortur wykorzystywane podczas przesłuchań (przytoczone techniki torturowania, po wielokroć stosowane podczas śledztwa, po dziś dzień przyprawiają o ciarki). Niestety Sykstus umiera, stąd efekt pracy inkwizytora trafia do rąk Innocentego VIII, który w roku 1484 ogłasza bullę „Summis desiderantes affectibus”. Zezwala ona Kramerowi na stosowanie całej mocy inkwizycji w celu wytępienia czarownic w Niemczech, Francji, a także północnych rejonach dzisiejszych Włoch. Kramer, już jako Institor, przystępuje do dzieła. Nowy przydomek, który sam sobie wybrał, po łacinie znaczy kramarz, handlarz, domokrążca. Institor jeździ zatem po świecie, zawężonym oczywiście do znanego mu świata, czyli Europy, i pomaga w rozprawie Kościoła z największym – jego zdaniem – wrogiem, czyli czarownicą na miotle.

To się nie mogło udać

Studiując życiorys ojca Kramera, Jan porusza między innymi temat odpowiedzialności i przyczyny zbrodniczych działań, jak palenie na stosach, czy śmierć tysięcy niewinnych kobiet w okrutnych męczarniach. Okazuje się bowiem, że wraz z końcem życia Institora, nie nadszedł koniec walki z czarownicami, jakkolwiek byśmy nie definiowali tego dość pojemnego terminu. Jeden z bohaterów, stary dominikanin, przypomina, że palenie czarownic było zaledwie epizodem w porównaniu do holokaustu na przykład, który był współczesną wojną wydaną złu. Złu z punktu widzenia tych, którzy wierzyli, że czynią dobro mówi nieistniejący autor.

Z perspektywy historii ludzkiego gatunku, palenie czarownic było faktycznie tylko epizodem, ale co ważne – działaniem na mocy prawa. To, że stworzono takie prawo, a następnie działano w jego imię, nie jest niczym nadzwyczajnym, ale fakt, że oświeceni ludzie, w tym ludzie Kościoła, uwierzyli w czarownice latające na miotle, wzbudza wiele wątpliwości i pytań. Stąd autor na tym przykładzie sięga głębiej i szuka podstaw zła płynącego z człowieka, jednostki, nie zaś instytucji Kościoła samej w sobie.

W książce pada więc pytanie: dlaczego człowiek z powodu takich lub innych paranoi jest w stanie czynić okrutne rzeczy? Autor wkłada w usta jednego z bohaterów odpowiedź: „instynkt przetrwania, charakterystyczny dla świata zwierząt, człowiek zmienił w instynktowną podłość. Bogu udał się dinozaur, rekin, koń, żaba. Ale człowiek nie, bo nagle Bóg zaczął wymagać od swojego wynalazku, by był taki, jak on. Doskonały. To się nie mogło udać”.

W powieści nie brakuje również fundamentalnej dyskusji dotyczącej wiary, źródeł jej powstania i roli jaką pełniła na przestrzeni wieków w kształtowaniu historii i losów ludzkości. Wskazanie wroga publicznego pomaga sprawować „rząd dusz” nad społeczeństwem. Choć opowieść toczy się między innymi w XV w., nawiązuje do współczesności i jak puentuje autor: Tak naprawdę stajemy całkiem bezbronni przed jakąś okrutną maszynerią świata. Wiemy, że mogłoby być lepiej, inaczej. Że ten mityczny kamień w końcu nas uderzy albo sami w przypływie emocji nim rzucimy...

Pytania rzucone niczym kamienie

Ja bym bardzo chciał, chciałem, żeby ta książka chociaż trochę była uniwersalna. Żeby to samo można było opowiedzieć, używając całkiem innej scenografii – wyznaje Lard. Powieść stała się inspiracją do postawienia wielu pytań, między innymi: dlaczego człowiek, jest w stanie czynić tak okrutne rzeczy, jak na przykład: palenie kobiet na stosach w imię..., no właśnie, w imię czego? Podczas spotkania w Big Book Cafe (ul. Dąbrowskiego 81, Warszawa, Mokotów), dominikanin Roman Bielecki OP, redaktor naczelny „W Drodze”, spróbuje razem z innymi gośćmi znaleźć odpowiedź na to oraz wiele innych intrygujących pytań.

Jest wiele pytań i odpowiedzi, którymi z łatwością rzucilibyśmy w innych oraz siebie. Sęk w tym, by odważnie wziąć je w dłonie i zważyć niczym biblijne kamienie, co wspólnie spróbujemy zrobić podczas spotkania wokół książki „Institor. Kto pierwszy podpali stos…” w czwartek 28 listopada 2019 r. o godz. 19.00.

Do dyskusji zaprasza Wydawnictwo Fabuła Fraza. Wstęp wolny.



Karolina Prewęcka w Kurierze Warszawskim

W sobotę 26 października w pięknych okolicznościach przyrody wraz z TVP3 Warszawa nagrywaliśmy materiał na temat jednej z nowości naszego wydawnictwa. Felieton z książką "Mela Muter. Gorączka życia" Karoliny Prewęckiej w roli głównej będzie można zobaczyć we wtorkowym wydaniu Kuriera Warszawskiego tj. 29.10 br.

Serdecznie zapraszamy!

4ab.jpg 1ab.jpg

3a.jpg

6a.jpg



Mela_Muter_okladka_3D1.png

Mela Muter – gorączka w życiu i na obrazach

Niezależna, konkretna, uparta. Kochanka Leopolda Staffa, przyjaciółka Władysława Reymonta, niedoszła żona młodszego o kilkanaście lat Raymonda Lefebvre’a. „Burzliwe życie osobiste malarki było usłane tragediami, ale to ono było gwarantem, źródłem inspiracji, postawy twórczej” uważa Karolina Prewęcka, która przez ostatnie dwa lata „przyglądała się” niewątpliwie elektryzującej egzystencji Meli Muter. Opisała ją w książce „Mela Muter. Gorączka życia”. Pierwsza biografia malarki przełomu XIX i XX wieku trafiła na rynek 17 października nakładem wydawnictwa Fabuła Fraza.

Po wywiadach-rzekach z aktorami Stanisławą Celińską i Bohdanem Łazuką Karolina Prewęcka przyjrzała się Marii Melanii Mutermilch z domu Klingsland, czyli Meli Muter. „Malarka żydowskiego pochodzenia opowiadała o sobie w obrazach, nigdy nie stawiając fałszywej kreski. Jej uczucia, przeżycia, troski, przemyślenia zostały zapisane w postaciach, które portretowała. Portretowała nie tylko bohaterów, ale również siebie” mówi Prewęcka.

Dla przykładu na obrazie „Gra w szachy” pokazała męża Michała Mutermilcha i ukochanego Leopolda Staffa. Zachwycony dziełem żony Mutermilch nie miał pojęcia, że jego szachowy rywal, to wielka miłość jego wybranki. „Każdy z nas ma emocje, coś w nas buzuje. W Meli Muter buzowało bardzo dużo, ale potrafiła to umiejętnie skrywać”. Miała do tego swoje własne narzędzie – obrazy, które po latach możemy uznać za swoisty pamiętnik malarki.

Gorączka emocji

Książkę Karoliny Prewęckiej można określić mianem „opowieści osobistej”, choć autorka podkreśla, że starała się siebie nie eksponować. „Opisałam drogę prowadzącą mnie do Meli oraz przebytą w jej towarzystwie. Nie rywalizuję z historykami sztuki, czy znawcami szeroko rozumianej epoki, w której żyła i tworzyła. Zdecydowałam się pójść za impulsem, za spojrzeniem Meli, uwiecznionym przez Ignacego Łopieńskiego na obrazie, który widziałam w Muzeum Narodowym” wyjaśnia.

Grę oczu i magnetyzm spojrzenia Muter wykorzystywała również w swojej twórczości. W oczach jej bohaterów albo jest wszystko, albo nie ma w nich nic. „Spojrzenia są głębokie lub w ogóle ich nie ma. A przez to, że nie ma nic, to może być wszystko. W oczach zawiera się prawda. To klucz do portretów Meli Muter” podsumowuje Prewęcka.

Malarka ludzkich serc

Prawdopodobnie właśnie „malowaniem prawdy” odstraszała… kobiety. „Wiele osób, choć może kobiety szczególnie, tęskni za tym, by widzieć siebie piękniejszą, powabniejszą, bardziej urokliwą. Muter malowała to, co widziała, wręcz wydobywała więcej – wnętrze człowieka. Dlatego wzbudzała w kobietach niepokój”. Częściej za sztalugą gościła mężczyzn.

Ojciec malarki Fabian Klingsland był mecenasem sztuki, wspierał między innymi pisarza Władysława Reymonta, który z czasem stał się bliskim przyjacielem domu i angażującej się całym sercem w relacje międzyludzkie Meli. Nigdy jednak nie mogła w pełni celebrować z przyjacielem wyróżnienia go przez Kapitułę Nagrody Nobla – zbiegło się ono w czasie z tragiczną, wciąż niewyjaśnioną, śmiercią syna Muter – Andrzeja.

Mela Muter niestrudzenie dążyła do obranego celu. Pomimo licznych strat – nastoletniego brata Juliana, syna Andrzeja, niedoszłego męża Raymonda – nie rezygnowała z malarstwa, z wyrażania siebie w ten sposób. Artystka nie próbowała ukrywać swoich doświadczeń. Zdaniem Karoliny Prewęckiej właśnie dzięki temu obrazy jej robią tak duże wrażenie i wywołują emocje. „Kiedy maluje się szczerze, a nie po to, by się komuś przypodobać, dzieło musi zwrócić uwagę. Ma siłę” wyjaśnia.

Życie z prawdą w tle

„Mela chciała po swojemu mówić o ludziach. Twierdziła, że swoich bohaterów przedstawia tak, jak ich widzi. Do prawdy o postaci, dokładała prawdę o sobie, o swojej osobowości, która wykraczała poza ramy przeciętności”. Jej ulubieni bohaterowie to ludzie prości, którzy nikogo nie udają, nie robią min, nie stroją się do portretów. Ci, którzy nie przeszli do historii, ale opowiadali o sobie, przekazywali swoją prawdę życia. „Muter malowała to, co widziała – chłopów z Bretanii, przechodniów z warszawskich i paryskich ulic, starych Żydów i Polaków” wylicza Prewęcka.

W życiu często stawała na drugim planie, pozwalała błyszczeć swoim przyjaciołom. W malarstwie również przykładała wielką wagę do tego, co dzieje się za postacią. Dopuszczała ingerencję w dzieło już dawno po jego zakończeniu. Po śmierci matki zamalowała płomień, który do tej pory tlił się na portrecie, stworzonym jeszcze za życia Zuzanny Klingslandowej. Pod koniec życia przemalowała wiele dzieł, niektóre zniszczyła.

Dzięki książce Karoliny Prewęckiej „Mela Muter. Gorączka życia” malarka ma szansę na wyjście z cienia. Czytelnicy natomiast, mogą zapoznać się z sylwetką fascynującej postaci, a przy tym poznać nieznane dotąd tajemnice z życia koegzystujących z nią artystów.

Karolina Prewęcka – dziennikarka i współautorka książek o ludziach kultury, m.in. aktorach Stanisławie Celińskiej i Bohdanie Łazuce, śpiewaczkach operetkowych: Wandzie Polańskiej i Elżbiecie Ryl-Górskiej. Interesuje się zwłaszcza losami Polaków na tle XIX i XX wieku, w co wpisuje się niedawno wydana książka „Mag” o przedwojennym jasnowidzu Stefanie Ossowieckim. Skończyła etnografię na Uniwersytecie Warszawskim. Pochodzi z Lubrańca na Kujawach.


Goryl_3D.png

Gomułka i Gierek z perspektywy „cienia”

Jak żona zwracała się do Gomułki i kto nosił po nim ubrania? Co lubił jadać Władysław Gomułka, a co Edward Gierek? Jakie relacje pierwsi sekretarze KC PZPR mieli ze swoimi dziećmi? Odpowiedzi na te pytania (oraz wiele innych ciekawostek!) zdradza Stanisław Sątowicz w książce „Byłem gorylem Gomułki i Gierka”. Publikacja, która trafi na rynek 27 września nakładem wydawnictwa Fabuła Fraza, przedstawia prywatne oblicze najważniejszych polityków Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, między innymi pierwszych sekretarzy KC PZPR Władysława Gomułki i Edwarda Gierka oraz premiera Józefa Cyrankiewicza.

Stanisław Sątowicz, osobisty ochroniarz Władysława Gomułki i Edwarda Gierka, rysuje „prywatne” portrety pierwszych sekretarzy oraz innych istotnych polityków, za bezpieczeństwo których odpowiadał. Pisze o tym, co lubili, czego nie lubili, co było dla nich ważne, czym się różnili. „Człowiek z cienia”, przywołując grad anegdot ze spotkań na najwyższym szczeblu, rzuca nowe światło na Polską Rzeczpospolitą Ludową. Przedstawia przy tym realia rzeczywistości, z którą przyszło mu się zmierzyć w młodości, wady i zalety minionego systemu. Do tych pierwszych zalicza niewątpliwie „szczerość PRL-u”. „PRL był pozbawiony hipokryzji. Uczciwy w swojej nieuczciwości” twierdzi Sątowicz, który z równą szczerością opowiada o swoim życiu zawodowym.

Wiesław, nawet dla żony

Gomułka zawsze był „towarzyszem”. Bez względu, czy przebywał akurat w domu, w siedzibie Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czy na wakacjach. „Wiesław” był nie tylko jego pseudonimem, była to też treść jego tożsamości. „Nikt nie używał jego prawdziwego imienia. Nawet żona zwracała się do niego Wiesław. Nie słyszałem, by kiedykolwiek zwróciła się do niego inaczej” – wspomina Sątowicz, częsty gość mieszkania Gomułków. „Miałem wrażenie, że Pani Zofia albo Wiesław zwrócą się w końcu do swoich wnucząt towarzyszko wnuczko, a one odpowiedzą słuchamy, towarzyszko babciu” opowiada „Goryl”.

Mieszkanie przy ulicy Na Skarpie było bardzo oszczędnie wyposarzone, można by rzecz minimalistyczne. „Miało się wrażenie, że gospodarzom zależy, by było skromnie. Jeden pokój z telewizorem, dwie sypialnie (spali oddzielnie), kuchnia, mała łazienka. Na półkach
z książkami tylko polityka i historia, żadnej beletrystyki. Tylko Marks, Lenin i Kultura Paryska” opowiada Sątowicz.

Ze swojej skromności Gomułka wręcz słynął – nie lubił, gdy podawano mu coś, co nie było dostępne dla zwykłych obywateli. Jego przeciwieństwem był premier Józef Cyrankiewicz, który wręcz uwielbiał pławić się w luksusie. „Kiedyś w Łańsku przy kolacji Cyrankiewicz dostał inforację, że ma przyjechać Gomułka. Na stole wystawny posiłek – kawiory, przepiórki. Natychmiast kazał to zdjąć i postawić chleb, dżem oraz twaróg” przywołuje Sątowicz.

Wigilia (nie) przy stole

W mieszkaniu Gomułków „Goryl” spędził nie jedną Wigilię, jednak nigdy nie został zaproszony do świątecznego stołu, u Gierków było inaczej. „Ryba, pierogi, kompot z suszu, ciasto, ale bez opłatka. Jedzenie przywiózł ktoś rano. Siedzimy przy stole trochę skrempowani, bo Gomułka nigdy nas do stołu nie zaprosił, tym bardziej w Wigilię. Jest wódka, wino. Gierek pyta nas o rodziny, zachęca do jedzenia” wspomina kapitan Sątowicz.

Ochroniarz miał też okazję poznać synów Edwarda Gierka. Starszy – Adam – małomówny, typ naukowca. Jurek, młodszy, zupełnie inny – narwaniec. „Mimo że byli zupełnie inni, to byli sobie bardzo bliscy – do tego stopnia, że ożenili się z rodzonymi siostrami” zdradza Sątowicz. „Kiedyś Jurek wyciągnął mnie na motorówkę. O mały włos go wtedy nie zabiłem! Nauczył się diabeł jeździć na nartach wodnych. Założyłem deski, Jurek mnie pociągnął, ja niechcący puściłem hol, który z dużą siłą walnął w burtę, tuż obok głowy Jurka. Młodszy syn Gierka specjalnie się tym nie przejął, wręcz przeciwnie. Bardzo go ta sytuacja rozbawiła” mówi Sątowicz.

Takie buty

„Goryl” obserwował polityków i ich rodziny w wielu codziennych, niedostępnych dla publiki sytuacjach. Ciepło wspomina między innymi żonę Gomułki, która nadawała ubraniom „Wiesława” drugie życie, przekazując je innym. Choć Gomułka, zdaniem Sątowicza, był pozbawiony empatii i stronił od innych ludzi, Pani Zofia lubiła pomagać. „Tadzio Mikuła, kapitan starszy ode mnie, nosił po Gomułce spodnie i marynarki, czasem nawet koszule. Pani Zofia sama mu zaproponowała, żeby brał po mężu. Gdy Tadzio miał wesele w rodzinie, zaproponowała Wiesławowi, by oddał mu stary garnitur” przywołuje autor.

Choć Gomułka nie przywiązywał uwagi do ubrań i żył skromnie, buty robił mu szefc. Natomiast premier Józef Cyrankiewicz wolał za to, zaopatrywać się w obuwie „tam, gdzie inni obywatele noszący numer 43”. Podczas jednych z obrad, dotyczących zaopatrzenia
w obuwie, zapytał raportującego ministra: „A kiedy w Płońsku będą buty o numerze 43? Wczoraj przejeżdżałem przez miasto, zatrzymałem się przy sklepie obuwniczym, okazało się, że tego rozmiaru już nie ma, zawsze najszybciej schodzi. Problem ten występuje w całej Polsce. Czy mógłby to towarzysz wytłumaczyć” cytuje Sątowicz, który zna tę opowieść
„z drugiej ręki”. „Oczywiście Cyrankiewicz, znany z dystansu do siebie i poczucia humoru, żartował. Mógł się przecież zaopatrywać inaczej niż reszta obywateli. Utrzymywał jednak, że reprezentuje nie siebie, ale miliony obywateli, posiadaczy numeru 43. Podobno minister nie do końca był przekonany, co do tego, czy Cyrankiewicz żartuje czy nie” wspomina Sątowicz.

Stanisław Sątowicz wielokrotnie odmawiał wypowiedzi dotyczących czasów służby w PRL-owskim Biurze Ochrony Rządu. Dopiero 43 lata po przejściu w stan spoczynku zdecydował podzielić się wspomnieniami. Opowiada, jacy byli politycy, którym towarzyszył zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym – spędzał z nimi i ich rodzinami święta, jeździł na wakacje. W książce „Byłem gorylem Gomułki i Gierka” odkrywa przed czytelnikami to, co do tej pory było pilnie strzeżoną tajemnicą, odsłania kulisy życia Gomułki, Gierka czy Cyrankiewicza.

Stanisław Sątowicz – rocznik 1939. Warszawiak od urodzenia. Oficer Biura Ochrony rządu w latach 1961-1976, kapitan w stanie spoczynku. Osobisty ochroniarz Władysława Gomułki i Edwarda Gierka, pierwszych sekrertarzy Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz Stanisława Kowalczyka, ministra spraw wewnętrznych.


Znana nieznana – Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza

„Nie mogę myśleć o tym, że Warszawy już nie ma. Taki olbrzymi rozdział odchodzi z nią razem, taka masa przeżyć!” pisał Jarosław Iwaszkiewicz w Notatkach poświęconych Powstaniu Warszawskiemu w listopadzie 1944 roku. Przez ponad 80 lat bacznie śledził zmiany zachodzące w stolicy, krytykował ją, ale również angażował się w jej odbudowę. W roku 125. rocznicy urodzin pisarza, varsavianista dr Tomasz M. Lerski w książce Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza bierze pod lupę teksty jego autorstwa. Publikacja, dostępna na rynku od 19 września, ukazała się nakładem wydawnictwa Fabuła Fraza.

„Iwaszkiewicz, jako jeden z nielicznych świadków rozkwitu, dramatycznego upadku i odbudowy stolicy, jest doskonałym przewodnikiem po znanych i nieznanych zaułkach miasta, oddaje atmosferę metropolii i nastroje panujące wśród jej mieszkańców” uważa Tomasz M. Lerski, autor tryptyku Portret miasta w zwierciadle literatury, w ramach którego, oprócz Warszawy Jarosława Iwaszkiewicza, ukazały się pozycje Warszawa Marii Dąbrowskiej i Warszawa Antoniego Słonimskiego (nakładem PIW). „Iwaszkiewicz, Dąbrowska i Słonimski ujrzeli Warszawę w momentach największej wielkości i chwały, widzieli ją w trzech odsłonach – przed, w trakcie i po hekatombie. Ale to Iwaszkiewicz był najlepszym psychologiem społecznym spośród tej trójki. W swoich tekstach najlepiej oddał ewolucję charakteru miasta i jego mieszkańców” – zaznacza Lerski. Więcej na ten temat varsavianista opowie podczas spotkania autorskiego, które odbędzie się 24 września o godzinie 19.00 w Big Book Cafe (ul. J. Dąbrowskiego 81, Warszawa, Mokotów). Rozmowę poprowadzi Anna Król.

Wiadomości „z tamtego świata”

Urodzony 20 lutego 1894 roku w Warszawie Iwaszkiewicz, już w dzieciństwie szukał miejsc, które mogą przenieść go do „innego świata”. W dzieciństwie tym miejscem była Pijalnia Czekolad Wedla, zaś czekolada była dla niego luksusem, na który oszczędzał przez cały tydzień. „W (…) tajemnicy przed matką zachodziłem zawsze do Wedla, aby kupić sobie tabliczkę czekolady. Codziennie dostawałem, prócz pokaźnej paczki śniadaniowej, jeszcze trzy kopiejki na herbatę w szkole. Herbaty tej często nie piłem – i zaoszczędzone w ten sposób w ciągu tygodnia pieniądze co sobotę lokowałem w słodyczach Wedla. (…) lubiłem się zanurzyć w atmosferze świata, który poza sklepem Wedla był mi niedostępny” pisał w jednym ze swoich opowiadań, Staroświeckim sklepie.

Iwaszkiewicz dzieli Warszawę na „światy” nie tylko w okresie dzieciństwa. O wiadomościach „jakby z tamtego świata” wspomina również przy okazji opisu swojego pierwszego zderzenia z gettem 23 lutego 1941 roku. „(…) Zauważam, że na ulicy, na trotuarach leżą żebracy o strasznych, białych twarzach. Jest kilku nakrytych gazetami: to są trupy. (…) Motorniczy tramwajowy ma parę paczek przy sobie, zwalniając na zakrętach, wyrzuca je, wypatrując sobie tylko wiadomych ludzi. (...) Dreszcz mnie przechodzi, że tutaj mieszkają moi przyjaciele, rodzice przyjaciół. Miewam zresztą od nich wiadomości, ale są one pisane jakby z tamtego świata” relacjonował w Notatkach (1939-1945).

„Warszawa nie była piękna, (…) Warszawa miała swój charakter”

„…A jednak! Kiedy się szło Alejami Jerozolimskimi ku trzeciemu mostowi, kiedy widziało się tam w głębi zasłony niebieskich wiosennych mgieł (…), kiedy kolejowym mostem przemykał pociąg, (…) – to było bardzo piękne!” wspominał Iwaszkiewicz w Notatkach już po upadku Powstania Warszawskiego. Pisarz łączył uwielbienie z krytyką, ale jak uważa Tomasz M. Lerski, to zupełnie uzasadnione: „Krytykował tak naprawdę warszawską codzienność, realia życia, z którym przyszło mu się zmierzyć. Miał do tego prawo, tak ja my mamy prawo krytykować to, co nam doskwiera, żyjąc we współczesnej stolicy. Choć zakładam, że jednak ją kochamy i dostrzegamy jej piękno”.

Iwaszkiewicz wnikliwie analizował i opisywał niepowstrzymane zmiany zachodzące w mieszkańcach Warszawy. W Aleji Przyjaciół, zwracał uwagę na to, jak wielki wpływ wywarły na społeczność stolicy wydarzenia z końca lat 30. i 40. XX wieku. „Przeszliśmy przez okupację, powstanie warszawskie, miesiące popowstaniowe, miesiące pustej Warszawy – to się położyło na naszych usposobieniach, charakterach, na tym, co się nazywa duszą – ciężarem nie do obalenia”. „Przed wojną określał lud Warszawy jako dziwny, ale również dowcipny. Natomiast W Rozmowach o książkach. Nowy wybór z lat 1954-1979 Iwaszkiewicz mówił: Unikam śmiania się, opowiadania wesołych anegdotek na ulicach Warszawy. (…) Niebezpiecznie jest żartować. Ostrożnie z żartami” podkreśla Lerski.

Nie odbudowana, lecz nowa

Dr Tomasz M. Lerski zauważa, że z zapisków Jarosława Iwaszkiewicza wynika, że po II wojnie światowej Warszawa została zbudowana od nowa, nie zaś odbudowana. Z gruzów zniszczonego doszczętnie miasta zbudowano zupełnie nowe, które nie jest i już nigdy nie będzie starą Warszawą. Wraz z nową architerturą, pojawili się „nowi mieszkańcy”. „Iwaszkiewicz obserwował upadek obyczajów, wymieszanie ludności, zanikanie dawnego warszawskiego stylu życia, konwenansów, dobrych manier, umiaru. Był zdegustowany nowym stylem życia miasta” opowiada.

Mimo zaangażowania w transfromację stolicy pisarz nie zatracił obiektywizmu. „Nie bał się wytykać błędów i dzielić swoimi – nie zawsze pochlebnymi – obserwacjami. Dzięki temu zostawił dla potomnych rzeczywisty obraz tamtej Warszawy” uważa varsavianista.

Lerski podkreśla, że spuścizna, którą pozostawił po sobie Iwaszkiewicz to jeden z niewielu sposobów na pielęgnowanie pamięci o dawnej Warszawie. Teraz, gdy pamiętających tamte tragiczne czasy warszawiaków jest coraz mniej, wspomnienia te są tym bardziej cenne. „Żaden z polskich pisarzy nie doświadczył – ani nawet nie mógł sobie wyobrazić – tak radykalnej metamorfozy swego miasta” uważa varsavianista. „Trzeba docenić nie tylko jego walkę o odzyskanie dzieł, które przetrwały okupację, ale również to, co zanotowane dawniej, ale na bieżąco – warszawskie wspomnienia, zapiski i notatki” – mówi dr Tomasz M. Lerski.

Projekt 77 dla wydawnictwa Fabuła Fraza

PROJEKT77-logo.jpg

Miło nam poinformować, że nawiązaliśmy stałą współpracę z Agencją Public Relations Projekt 77. Poprzednio agencja odpowiadała za promocję naszej książki „Kwantechizm, czyli klatka na ludzi” dr. hab. Andrzeja Dragana.

Do zadań agencji należy promocja tytułów w mediach tradycyjnych (prasa, radio, telewizja, internet) oraz społecznościowych, które planujemy wydać do końca 2019 roku. Umowa obejmuje również organizację niestandardowych akcji związanych z premierami książek (w tym spotkań autorskich i wydarzeń dla mediów) oraz prowadzenie strony internetowej wydawnictwa. Agencja jest też odpowiedzialna za prowadzenie profilu wydawnictwa w serwisie Facebook.

Agencja Projekt 77 będzie odpowiadać za promocję takich tytułów jak:

  • „Byłem gorylem Gomułki i Gierka” Stanisława Sątowicza,
  • „Czytaj jak profesor” Thomasa C. Fostera,
  • „Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza” Tomasza M. Lerskiego,
  • „Mela Muter. Gorączka życia” Karoliny Prewęckiej,
  • „Gary Cooper znad Wisły. Życie i role Jerzego Pichelskiego” Macieja Bernatta-Reszczyńskiego,
  • „Institor” Adama Larda,
  • „Sielski zakątek” Barbary Sośnicy-Czekały.